Dwudziestoparoletni mężczyzna uśmiechnął się kpiąco w kierunku lustrzanego odbicia. Wyglądał nienagannie. Jak zwykle zresztą. Biała, aż do przesady, czysta i wyprasowana koszula, jeansy i wypastowane buty, w których mógł się przejrzeć. Krawat w kolorze szmaragdowej zieleni, zaciskający się na szyi, utrudniający oddychanie. Platynowe, blond włosy w nienagannym stanie i oczy. Perfekcyjnie stalowoniebieskie oczy spoglądające w lustrzaną taflę. Idealny, aż do przesady, doskonale wyuczony uśmiech gdy poczuł woń własnych perfum. Drogich perfum. Zbyt drogich, bo w jego życiu teraz wszystko takie było. Idealne i drogie, aż do przesady...
Na przystojnej twarzy utrzymał się uśmiech. Pozwolił nawet by dosięgnął oczu, które rozbłysły na moment. Jego dłoń nacisnęła klamkę w drzwiach, a w momencie gdy przekraczał próg łazienki uśmiech - zgasł. Ale chwilę przed tym zgasły oczy. Mężczyzna wziął do ręki leżący na kuchennym, marmurowym blacie, kieliszek wypełniony czerwonym, wytrawnym, drogim winem dobrego rocznika. CHEVALL BLANC z 1969 roku. Uniósł kieliszek do ust, upił łyk, a potem rozluźnił palce pozwalając by naczynie zmieniło się w szklane okruchy, a drogie wino pozostało czerwoną plamą na białym dywanie. Powinien już wychodzić. I tak był spóźniony, ale dziś... nie wiele go to obchodziło. Spojrzał kpiąco na okruchy szkła na podłodze. Jakby w reakcji na ten widok na twarzy mężczyzny pojawił się uśmiech. I po raz pierwszy od kilku miesięcy był on całkiem szczery. Bo zrozumiał, że nie całe jego życie musi tak wyglądać... Nie każdy bankiet urządzony przez Ginny Weasley musi wymagał jego obecności, nie na każdym przyjęciu musiał się pojawić. I w tamtym momencie zrozumiał, że Ginevra nie będzie już nim rozporządzać. Po śmierci Hermiony Ruda planowała mu całe życie. I będzie robić to dalej. Tego akurat był pewien. "Ale nie zaplanuje tego", pomyślał patrząc na resztki szkła, a potem wyszedł z domu. I zaczął się śmiać. Po prostu śmiać. Tak bardzo, że musiał usiąść na schodach klatki. I śmiał się nadal. Głośno i szczerze, tak jakby poznał się na kapitalnym żarcie jaki uczynił Bóg powołując go na ten świat. Draco Malfoy się śmiał. I robił to tak długo, że w końcu w jego oczach pojawiły się łzy radości. I śmiał się ciągle... Dopóki nie zaczął boleć go brzuch. Wtedy zadzwonił do Ginevry. I zaśmiał się jej prosto do telefonu...
Nie przypomina to szczytu możliwości i kunsztu literackiego, a jak dla mnie nie jest to nawet podnóże góry. Po prostu. Coś takiego "wyszło" spod mojego ołówka i coś takiego zamieszczam. Inspirowane starszą pracą na zajęcia artystyczne. Polecenie brzmiało: "Napisz scenariusz..." :)
Hm... Ciekawie. Brakowało mi trochę tła, bo był Draco, Draco, który nosi się dróg i się śmieje. Był Ginny, która planuje mu życie. Ale zasadniczo nie było Hermiony, której śmierć- która wydaję się ważną w tym wątku- została prawie pominięta. Zabrakło też lepiej rozwiniętego miejsca akcji. I skąd czarodziej ma telefon?
OdpowiedzUsuńTo takie drobiazgi, albo nie, ale sprawiają, że lepiej się czyta i łatwiej wyobrazić sobie wiele aspektów.
Ogólnie nawet mi się podobało, bo takie całościowe wrażenie robiło nienajgorsze, ale miałaś lepsze prace.
Co nie zmienia faktu, że miło się czytało tę - niestety krótką - publikację.
Pozdrawiam, Dominika <3
Pięknie ujęte. Ja ze swojej strony nazywam ją moją najgorszą - albo przynajmniej jedną z najgorszych - pracą. Miałam dzisiaj ochotę na pisanie, miałam czas - nie miałam weny, oto skutek.
UsuńNiemniej dziękuję za komentarz.
Eveline